sobota, 15 września 2018

Beta Blackout... nie ssie?


Pamiętacie jak w pierwszych kilku latach XXI wieku królowała seria Medal of Honor, rozkręcając przy tym modę na strzelanki umiejscowione w realiach II wojny światowej? No ba. A pamięta ktoś, jak Halo zrewolucjonizowało konsolowe, pierwszoosobowe granie? W Polsce wówczas konsole nie były takie popularne jak obecnie, ale chyba każdy wówczas zauważył, jak nagle bohaterowie strzelanek ograniczyli się do noszenia dwóch broni na raz, oraz jak system regeneracji zdrowia poczynał sobie coraz śmielej - aż do momentu, gdy po postrzale w głowę wystarczyło po prostu poczekać parę sekund do pełnego wyzdrowienia.

Co więc wyszłoby, gdyby na pierwszej połowie minionej dekady połączyć modne, drugowojenne realia z Medal of Honor, z gejmplejowymi zasadami z Halo? Właśnie w ten sposób wystartowała seria Call of Duty.

Wiecie do czego zmierzam? Chodzi o to, że generalnie od samych początków seria Call of Duty rozwijała się przez asymilowanie patentów z innych fpsów. Niezależnie od rozpatrywanego roku i danej część serii, świeżych pomysłów było jak na lekarstwo co szybko stało się pożywką dla malkontentów. Czemu więc CoD był (i w sumie wciąż jest) tak popularny? Chodzi o jakość - jakie patenty z innych fpsów zostały w kolejnej części zasymilowane i jak.


No więc kilka dni temu wystartowała CoDowa beta bardzo ostatnio popularnego trybu battle royale i całe internety się zdziwiły: nie ssie!

Najczęściej powtarzający się motyw to taki, że jest to szybszy, wypolerowany, w 100% pierwszoosobowy i po prostu lepszy PUBG. Coś w tym jest. Co prawda mapka z BO4 jest dużo mniejsza (niektórzy wyliczyli, że nawet nieco mniejsza niż w Fortnite), ale po kilku pierwszych, chaotycznych minutach, jest to samo kampienie po krzakach co właśnie w PUBG.

Tyle że lepiej wykonane.

Czy w takim razie Blackout wygryzie PUGB z drugiego miejsca na podium battle royali? Wszyscy zdają się twierdzić iż to oczywiste, że tak. Wszyscy też wiedzą, że darmowego Fortnite'a nic nie ruszy z miejsca pierwszego, ale ciężko Treyarcha posądzać o takie ambicje.

No, ale jak do tego doszło? Przecież jeszcze niedawno znawcy twierdzili, że ten potwornie upośledzony, silnik CoDa nie ma fizycznej możliwości odpalenia trybu na kilkadziesiąt osób na wielkiej mapie! A jednak! Gra może nie wygląda pięknie (czy nawet ładnie - ale to już cecha CoDa w ogóle), ale działa gładko, zapraszając do wspólnej zabawy. Powiedziałbym nawet, że optymalizacja bety Blackout wygląda o niebo lepiej, niż małych trybów 6v6 sprzed miesiąca.


Pewnie część z tych pozytywnych reakcji wzięła się z (pozytywnego) zdziwienia, że wszystko po prostu działa jak należy. "No bo przecież CoD wciąż działa na silniku Quake'a 3 i nie miało prawa zadziałać!" A zadziałało.

To trochę tak, jakby ktoś nie wiedział, na jakim silniku działa seria Gears of War i po dotychczasowym multiplayerze (czyli 4v4 lub 5v5 na małych mapach) oceniał możliwości techniczne Unreal Engine - a ten przecież napędza i Fortnite'a i PUBG. Podobnie ma się sprawa z  CoDem - jakoś ludzie nie pamiętają bardziej otwartych poziomów z kampanii pierwszego Black Ops i nagle zdziwienie, że osiem lat później ci sami twórcy wrzucają na takie poziomy niemal setkę (ponoć testowane są liczby przekraczające setkę) graczy. Zobaczyć znaczy uwierzyć.

No i jeszcze taka kwestia, że Treyarch bardzo sprawnie implementuje kolejne ulepszenia. Wkurwia długie podnoszenie przedmiotów z ziemi? Następnego dnia czas przytrzymania przycisku zostaje skrócony do minimum. Ludzie zapominają zamknąć menu ekwipunku? Następnego dnia nieużywane menu zamyka się samo. 80 graczy to za mało? Następnego dnia liczba graczy zostaje zwiększona. I tak dalej.

Po tym jak beta Battlefielda V ostatniego dnia wkurwiała takimi samymi chujowymi patentami co pierwszego, twórcy nadchodzącego Black Ops 4 wypadają na tym tle bardzo pozytywnie, a człowiek odzyskuje wiarę w ich produkcję.


No właśnie a'propos Battlefielda.

Dan Bunting (jeden z szefów Treyarcha) w jednym z wywiadów stwierdził, że battle royale to po prostu tryb multiplayerowy (no baaa...) i skoro już zrobili pod niego wielkie fundamenty (duża mapa i kod sieciowy na setkę graczy), to sprawą otwartą pozostaje, co jeszcze na nich wybudują. Do tej pory rywalizacją miedzy Battlefieldem a CoDem nie wchodziła na taki poziom, aby twórcy tego drugiego jakoś czuli się zagrożeni. Nawet wtedy, gdy znienawidzone Infinite Warfare było w przedsprzedaży wyprzedzane przez Battlefielda 1, jego twórcy nie myśleli o implementowaniu jakichś kilkudziesięcioosobowych trybów, bo wiedzieli, że na dłuższą metę ich gra i tak sprzeda się lepiej (bo sprzedała się się lepiej).

Gdy popularność zyskało Rainbow Six: Siege oraz Overwatch, twórcy CoDa zaczęli implementować do serii pewne patenty z tychże gier, ale nie było to coś, co wymuszało tworzenie wielkich map i przeprojektowywanie kodu sieciowego. Dopiero gdy okazało się, że gry oparte na trybie BR są tą kolejną, wielką, przynoszącą miliardy, masową zajawką, okazało się, że wypadałoby już jednak zwiększyć skalę - zarówno technicznie (w sensie, że zrobić dużą, solidną mapę) i technologicznie (w sensie, że podkręcić serwery, aby setka graczy śmigała w docelowych sześćdziesięciu klatkach).

No więc teraz, gdy już odwalono tą pracę, nic nie stoi na przeszkodzie, aby na tej dużej mapie zrobić tryb dominacji 50v50 z pojazdami i całym tym rozmachem, jakim szczycił się Battlefield. Wcale, ale to wcale by mnie nie zdziwiło, gdy np. na święta Treyarch wyskoczył z taką playlistą, wbijając dodatkową szpilę w nieszczęsne BFV.


I jeszcze taka osobista dygresja na temat trybu BR. Generalnie nie jestem jakimś wielkim fanem - Fortnite'a nie lubię (bo trzecioosobowy i jeszcze to budowanie zasłon wprowadza większy burdel), a w PUBG idzie mi chujowo. W Blackout w trzecim czy czwartym meczu w trybie solo, udało mi się być drugim - już był ostatni przeciwnik i już widziałem gdzie zaraz wyskoczy i rzuciłem tam granata, ale zanim granat wybuch to dziad wyskoczył i mnie zastrzelił i generalnie straszna nerwówka była... Serce kołatało: "no żesz kurwa mać! Ułamek sekundy i wygrałbym mecz!"

I wiecie co? Zdałem sobie sprawę, że w sumie nie ma czego żałować i to wszytko generalnie jakieś takie... głupie jest. Bo jeśli wygrasz mecz w BR, a nie jesteś jakimś znanym streamerem, to tak naprawdę nie ma tam po drugiej nikogo, kto by się tym przejął czy nawet dowiedział (no, może poza kolesiem który był drugi, albo ewentualnie twoimi kolegami z drużyny, jeśli akurat postanowili po zgonie śledzić twoje poczynania). Twoi przeciwnicy umarli i albo wrócili do reala, albo grają kolejny meczy z kimś innym. Jesteś sam, ze swoim wielkim, upragnionym zwycięstwem.

piątek, 7 września 2018

Beta Battlefielda 5... ssie?


Jeszcze kilka miesięcy temu Battlefield 5 zdawał się być po prostu skazany na sukces. Wystarczyło tylko lekko zmienić Battlefielda 1 (może dodać jakieś patenty z Battlefielda 4, żeby udobruchać bardziej marudną część fanów - chociaż osobiście czwórka średnio mi podeszła), przenieść realia w drugą wojnę światową i czekać, jak akcje Electronic Arts po raz kolejny idą w górę. Niestety, totalnie chybiona zapowiedź i późniejsze obrażanie battlefieldowej społeczności przez przedstawicieli wydawcy (i w sumie samego studia robiącego grę) mocno odbiło się hajpie otaczającym nadchodzącą produkcję.

Zaczęły wychodzić przecieki, że Battlefield 5 zapowiada się na porażkę - przedsprzedaż jest mniejsza o 85% względem konkurencyjnego Black Ops 4 (chociaż dwa lata temu Battlefield 1 wyprzedzał pod tym względem nadchodzące Infinite Warfare), czego się nie da zwalić na potężną konkurencję ze strony nadchodzącego Red Dead Redemption 2 - ponoć sam Black Ops 4 również zawodzi pod względem przed-sprzedażowych oczekiwań wydawcy (co nie jest dziwne, biorąc pod uwagę, że np. wycięto kampanię, a i dotychczasowa beta wywołała raczej mieszane reakcje).

Osobiście nie mogę się doczekać, jak sytuacja odbije się to na kolejnych częściach Battlefielda - no bo skoro twórcy i niektóre media przyprawiały wszelkim krytykom BFV łatkę niedouczonych seksistów, to jak teraz EA będzie się tłumaczyć inwestorom z porażki ich "inkluzywnej" gry? No jakby nie patrzeć, następnym razem będą musieli skroić wszystko centralnie pod kątem upodobań tego strasznego, seksistowskiego ciemnogrodu, który to niby w Battlefieldzie nie chce baby i basta. Nie mogę się doczekać.

W każdym razie ostatnio EA poinformowało, że odkładają premierę Battlefielda 5 o miesiąc (bo wcześniej miała się wstrzelić tydzień po Black Ops 4, a tydzień przed Red Dead Redemption 2 - tutaj część analityków upatrywała źródło problemów) i skorygowało (obniżyło) przewidywany dochód w tym roku rozliczeniowym o 350 milionów dolarów (z 5,55 mld do 5,2 mld dolców - bo o takiej kasie tutaj mówimy)...


No i się stało... Akcje EA poszybowały w dół o 10%, złośliwcy zaczęli szydzić, że oficjalne powody (dopracowanie gry przed premierą) to jest ściema... Aż wyszła beta i ta beta uświadomiła wszystkim, że niezależnie od problemów wizerunkowych i niezależnie od spraw finansowych, Battlefield 5 naprawdę wymaga więcej czasu w piekarniku. I nie mówimy nawet o dodatkowym miesiącu - ten czas powinien zostać wydłużony, tak kilka razy.

Łojezusicku... Odpalając betę BFV na podstawowych modelach PS4 oraz Xbox One przenosimy się w czasie, z tym że nie do okresu II wojny światowej, ale tak do roku 2011, gdy na PS3 oraz Xboxa 360 wyszedł Battlefield 3. Dosłownie mówimy o bardzo podobnym zakresie rozdzielczości oraz framerate'u, co na Battlefieldach z zeszłej generacji konsol. Noż kurwa, w pewnych momentach nawet wolałbym stałe 30 klatek w 720p, bo miejscami beta przyprawia o wymioty z tym zacinaniem i niewyraźnym obrazem!

Dziwne jest to o tyle, że zeszłoroczny Battlefront 2 wyglądał i działał bardzo ładnie (dynamiczna rozdzielczość pomiędzy 900p a 1080p w stałych 60fpsach) na tym samym sprzęcie. Do tego dorzućmy całą masę bugów i gliczy, których nie powstydziłby się świeżo wydany (na jesieni 2013 znaczy się) Battlefield 4, a problemy techniczne to tylko wierzchołek góry lodowej.

No bo okej, sprawy techniczne są do rozwiązania (chociaż nie wyobrażam sobie jacy bogowie optymalizacji pozwolą grze zadziałać zadowalająco na obecnie wyznaczoną datę premiery), ale gorzej, że sama rozgrywka zawodzi - a tutaj raczej nikt nie będzie w stanie wszystkiego przeorganizować w dwa miesiące (bo o większych zmianach po premierze nawet nie ma co myśleć - nie kiedy DICE przez dłuuugie miesiące nie potrafił przeorganizować sposobu progresji w Battlefront 2).

Projektanci Battlefielda 5 na dzieńdobry popełnili grzech śmiertelny projektantów gier - wymusili zmianę rozgrywki przez wsadzenie do gry masy irytujących pierdół, których obchodzenie wymaga od graczy zagrań, o które nikt nie prosił. No bo jak zmienić postawę graczy, żeby grali bardziej zespołowo? No żeby medyk faktycznie leczył, wsparcie dawało amunicję, a snajper wypatrywał wrogów z oddali? Jak można to zrobić w najgorszy, możliwy sposób?

Ano trzeba graczy przymusić. Od teraz każdy respawnuje się tylko z jednym dodatkowym magazynkiem, co ma jakimś sposobem wymusić na wsparciu częstsze wydawanie amunicji. No i pamiętacie jak w poprzednim Battlefieldzie każdy mógł oznaczać wrogów tak, żeby wszyscy w drużynie ich widzieli? Teraz może to robić tylko snajper za pomocą jednego ze swoich gadżetów. No i moja "ulubiona" nowość: od teraz po postrzale leżysz i wykrwawiasz się na placu boju w nadziei, że ktoś cię uleczy (a uleczać mogą wszyscy, z tym że wiąże się to z wystawieniem na pastwę przeciwnika). Możesz to wykrwawianie przyspieszyć (ale nie całkiem - zawsze zajmie to co najmniej kilka, niepotrzebnych, sekund), ale po nim i tak kolejne dziesięć sekund czekasz na możliwość respawnu - tak dla zasady.

Nie wiem w jakim świecie żyją projektanci z DICE, ale wydaje mi się, że generalnie proces umierania nie jest kojarzony z dobrą zabawą.


Nie rozumiem zupełnie filozofii: "chcemy żebyś grał tak i tak, więc jeśli grasz inaczej, to gra staje się chujowa dla pozostałych graczy". Serio, tak chcecie wszystkich przyuczyć gry zespołowej? Od teraz po prostu muszę być przyklejony do tych pieprzonych randomów (bo przecież broń boże żeby dano możliwość gry z domownikami na podzielonym ekranie) bo po prostu tak?

No i jeszcze z nowości dołożono możliwość budowania barykad, bo Fortnite...

Jedyna zmiana, jaka mnie ucieszyła, to większe obrażenia od pocisków i generalnie zmniejszenie ttk (tajm tu kil), bo wreszcie czuję skuteczność broni (może za wyjątkiem karabinów powtarzalnych, które wciąż wymagają hedszota do zabicia jednym strzałem), ale to pewnie akurat zostanie zmienione, bo battlefieldowe marudy (głównie ci, co celują myszką i nawet nie odczuwają zaciągania broni) narzekają na ten aspekt. Zresztą, biorąc pod uwagę z jakimi nieprzyjemnościami wiążą się respawny, to mają jakąś tam rację, że szybkie zgony nie do końca pasują - ale w sumie co w tej grze pasuje do siebie?

Kiedyś napisałem posta dotyczącego Call of Duty: Ghosts. Problemem tamtej gry było nie tylko wypalenie części fanów spowodowane nadmierną eksploatacją serii (i formuły, jaką przyjął multiplayer CoDa od czasu Modern Warfare), ale dodatkowo to, że wszelkie nowości w tej konkretnie grze, okazywały się zmieniać tą starą, wyeksploatowaną rozgrywkę wyłącznie na gorsze. Dokładnie w tej sytuacji znajduje się teraz Battlefield 5 - nie jest dokładną kalką Battlefielda 1 czy 4, bo i taka gra nie spotkała by się na starcie z podobnym entuzjazmem fanów. DICE postanowiło więc wprowadzić zmiany i spieprzyło niemal wszystko, co było do spieprzenia.

Dołóżmy do tego wspomnianą niechęć fanów i potwornie niedorobioną warstwę techniczną. Ech... kończmy na dzisiaj.

sobota, 25 sierpnia 2018

Kupiłem nowego laptopa


Tak jest. Wreszcie kupiłem kolejnego laptopa i nadchodzącą, jesienną kawalkadę dwudziestych rocznic (Half-Life, Sin, Blood 2 etc.) przyjdzie mi przywitać na nowym sprzęcie.

Poprzedni laptop wytrzymał ze mną prawie osiem lat i liczę, że obecny zbliży się do tego wyniku. W związku z tym nie chciałem żadnego "gejmingowego" sprzętu - patrzą po trwałości takich wynalazków w rękach znajomych, jakoś się nie zajarałem wizją powrotu na łono PC Master Race (nawet i połowicznie, bo przecież prawdziwy pecetowiec ma własnoręcznie zmontowanego, stacjonarnego riga, zamiast bawić się na laptopach). W sumie to przez ostatnie kilka tygodni przypominałem sobie w bólach, czemu wraz z końcem studiów, na dobre przesiadłem się na granie konsolowe...


Tia... Dbanie o sterowniki poszczególnych podzespołów, wyszukiwanie bardziej i mniej oficjalnych patchy, aż po własnoręczne ustawianie opcji graficznych w grze... Niektórzy to lubią, niektórym to nie przeszkadza do czerpania radochy z gry, a ja po prostu tego nienawidzę. W ten sposób odpalenie pierwszego Unreala opóźniło się o parę godzin (spoiler alert: ostatecznie większość problemów rozwiązało zainstalowanie najnowszego, fanowskiego patcha) - parę godzin, przez które spokojnie dotarłbym do Świątyni Vandory, a może nawet do rozbitego statku najemników. Zamiast tego szukałem po necie rady co zrobić, żeby w ogóle menu główne zadziałało jak trzeba...

Nosz kurwa, jak ja nienawidzę takiego marnotrawienia czasu. Co chwila wychodzą jakieś gówna, bo albo problemy z wydajnością (nawet w przypadku tytułów, które teoretycznie powinny śmigać z prędkością światła), albo kompatybilnością, bo Windows 10... Przy każdej kolejne grze pierdolona loteria, czy odpali się bez problemu za pierwszym razem, czy też nie odpali się nawet po godzinach i dniach prób kolejnych kombinacji softwarowo-ustawieniowych.


Przyznam się, że do tej pory nie odpalałem jeszcze żadnej starej gry bezpośrednio z płyty CD, bo się boję, że w przypływie złości rozpierdolę nowy sprzęt w drobny mak. Do czasu ochłonięcia nad nowym nabytkiem zostanę czy kolekcji kupionej na Steamie oraz GOGu.

Tutaj właśnie uzewnętrzniła się przewaga tego drugiego na dojną krową Valve'a. O ile wcześniej kupowałem gry w zależności od promocji (a te zwykle jednak były lepsze na Steamie), tak wraz z wkroczeniem w erę Windowsa 10, muszę pochylić czoła nad pracą, jaką chłopaki z Good Old Games czynią na polu retro-grania. Ich wersje zwykle działają! Co prawda czasem trzeba przyciąć na rozdzielczości (bo wszelkie linijki kodu, które zostały w grę wstawione celem odpalenia na nowszych systemach, zżerają wielokrotnie więcej zasobów niż sama gra), ale w sumie te gry i tak były projektowane pod kątem 640x480 czy 800x600.

Szkoda tylko, że brakuje tutaj niektórych klasyków, jak chociażby serii Heretic/Hexen.


Wraz zakupem nowego sprzętu zdziwiłem się też, jak bardzo postęp technologiczny wyhamował ostatnimi czasy. Pomiędzy kupieniem tego laptopa a poprzedniego minęło osiem lat - w obu wypadkach założenia miałem bardzo podobne (coś z ekranem nie mniejszym niż 15,5 cala i za mniej niż trzy tysiące), które to zdecydowanie nie da się nazwać sprzętową "wysoką półką". Kiedyś 8 lat różnicy oznaczało przeskoczenie kilku sprzętowych generacji. Kupując nawet po dwóch, trzech latach peceta ze średniej półki z miejsca odpalało się na najwyższych możliwych detalach gry, które na poprzednim sprzęcie ledwo chodziły.

Tymczasem na swoim nowym lapku odpalam gry z roku, powiedzmy, 2011 i nagle okazuje się, że rozdzielczość 1280x720 oraz średnie tekstury pozwalają pograć w czymś na poziomie 30 klatek. Kilkuletnie gry wyglądają i działają jak wczesne produkcje z Xboxa One (gdy połowę zasobów konsoli zżerał zjebany soft i niechciany Kinect) i bawienie się w ustawienia sterowników nic tutaj nie zmieni.

Najbardziej zabolało odpalanie puszczonego na Steamie za darmo, umierającego LawBreakers (na którym mi zależało, bo lada chwila serwery zostaną wyłączone na zawsze) - jakby się nie kręcić i jak nie ucinać detale, to wydajnościowo wciąż nie był to poziom obecnie uważany za akceptowalny w grze multiplayerowej.


Chciałem średniego lapka to go, kurwa, mam. Zdziwiło mnie tylko jak bardzo "średnio" oznacza "słabo" - zacząłem się zastawiać, czemu mój nowy laptop jest zaskakująco mało wydajny. Jakieś programy w tle zżerają po kryjomu zasoby systemu? Czy może to przez to, że mam kartę Radeon zamiast nVidię?

Policzyłem jednak wszystko na spokojnie i liczby zaczęły się zgadzać. Ze względu na mobilność laptopy generalnie mają może połowę wydajności komputerów stacjonarnych kupionych za te same pieniądze. Mój laptop za 2,5 tysiąca odpowiada stacjonarnemu pecetowi za mniej niż półtora tysia i tutaj wchodzimy w cenową półkę podstawowych modeli konsol obecnej generacji. Gry wyglądają i działają jak wczesne wersje z Xboxa One, bo sprzętowo mój laptop właśnie odpowiada wczesnemu Xboxowi One - również w obu przypadkach system obciążony jest (czy też był - w przypadku Xboxa) zasobożernym systemem operacyjnym.

Wyżej nie podskoczę i żeby pobawić się w "pi-sji gejming" musiałbym władować dużo większe pieniądze i to w zupełnie inny sprzęt (stacjonarnego peceta znaczy się). Na to jestem jednak zdecydowanie za stary, więc zostanę przy moim retro gejmingu, do którego wystarczy cokolwiek.


No i konsolki do grania w nowe gry.

sobota, 18 sierpnia 2018

Gdzie jest hajp?


Tej jesieni po raz kolejny czeka nas starcie tytanów onlajnowego, pierwszoosobowego strzelaństwa, tym razem w wadze naprawdę grubej. Z jednej strony czwarta część najbardziej ulubionej przez fanów podserii Call of Duty, z drugiej umiejscowiona w II wojnie światowej, pełnoprawna część piąta (w sensie, że nie jakiśtam Hardline) Battlefielda. Czujecie ten hajp?! Noż kurwa, CZUJECIE?!!!

No właśnie ni cholery go nie czuć, a przecież jesteśmy pośrodku sezonu ogórkowego - między betą Black Ops 4, a Battlefield V. Wszyscy powinni się jarać i szykować na jesienne strzelanie. Co jest nie tak?


Dobra, weźmy się może na początek za temat minionej, zamkniętej bety Black Ops 4.

Zanim sam nie pograłem, nie chciałem się na temat tegorocznego CoDa za bardzo wypowiadać (ponad to, co napisałem zaraz po oficjalnej zapowiedzi), ale po ograniu bety po prostu czuć, że w trakcie procesu produkcyjnego coś się musiało bardzo mocno spierdolić. Ta gra faktycznie wygląda, jakby była sklecona na kolanie w ciągu ostatnich kilku (może -nastu) miesięcy. O ile brak trybu kampanii był bardzo mocnym sygnałem ostrzegawczym, o tyle sam wygląd gry stanowi dowód, że Treyach na szybko wziął silnik i grafiki z Black Ops 3 i bez bawienia się w optymalizację zlepił cokolwiek.

Przysięgam, że wygląd bety na Xboxie One (podstawowym modelu) bardziej przypominał odpalonego we wstecznej kompatybilności Black Opsa 2, niż nowsze części CoDa. Rozdzielczość tragicznie niska (choć dynamiczna), obiekty odległe o kilka metrów straszą kantami (świadczy o spartolonym systemie doboru poziomu detali obiektów), tekstury wgrywają się najwolniej ze znanych mi gier... Ponoć na PS4 Pro beta wyglądała akceptowalnie (czyli jak Black Ops 3 odpalony na normalnym PS4) - pewnie dlatego, bo gra na tej platformie była najbardziej dopieszczona ze względu na wcześniejsze, oficjalne prezentacje oraz jutuberów.

Poza sferą techniczną mamy jeszcze samą rozgrywkę... Tutaj trzeba ostro powiedzieć, że Treyarch to fachowcy znający się na rzeczy i poza CoDem pomagają w projektowaniu rozgrywki innych strzelanek multiplayerowych ze stajni Activision/Blizzard (odpowiadają chociażby za rozgrywkę w Overwatch). Jeśli chcieli przeprojektować Black Opsa na modłę drużynowego, taktycznego szótera (Rainbow Six Siege znaczy się) to wierzę w ich kompetencję. Tyle tylko, że taka rozgrywka w ogóle do mnie nie przemawia. Pierwsze kroki w rozgrywce kompetytywnej stawiałem w mordobiciach mano a mano i nawet gdy zacząłem grać w strzelanki pierwszoosobowe, to duuużo bardziej jarały mnie pojedynki na małych mapach, niż silenie się na jakieś zespołowe zagrywki.

Zawsze od CSa wolałem Quake'a i nawet teraz, gdy generalnie wszystkie sieciowe strzelanki są nastawione na rozgrywkę zespołową, to ja wolę te, w których samotne wilki nie są karane za samowolę. Dlatego też lubię kolejne, "chaotyczne" części Call of Duty, gdzie w parę sekund samodzielnie mogę ubić całą grupę zaskoczonych przeciwników. No i nigdy nie używam mikrofonu bo na chuj mi to.

Z tej perspektywy Black Ops 4 jest najgorszą częścią Call of Duty do tej pory: dłuuugie paski zdrowia (150 punktów zdrowia zamiast 100 - a w becie do tego dołożono perka w postaci dodatkowego pancerza... ponoć w pełnej wersji jakoś go osłabią, ale czarno to widzę) praktycznie uniemożliwiają samotnikom eliminację grup, czy chociażby par, przeciwników, a do tego największa uwaga zdaje się skupiać na tryba zadaniowych, które w ogóle, ale to w ogóle mi nie podeszły.

Nawet gdyby te zdolności z poszczególnych klas przesunąć do roli dowolnie dobieranych perków, nawet gdyby zmniejszyć ilość zdrowia graczy, nawet gdyby zdrowie regenerowało się automatycznie (bo teraz trzeba samemu je sobie wstrzkiwać po każdym pojedynku - co w założeniach ma prowadzić do kolejnych "taktycznych" zagrań), nawet gdyby zrobiono wszystko na modłę "klasycznego" Call of Duty to gra będzie właśnie tym: po prostu kolejną częścią Call of Duty. Nikogo nowego produkcja by nie zachęciła, część starych fanów by się po raz kolejny wykruszyła i generalnie było stabilnie, ale w dół.

Treyarch zagrał vabank i opinie są mieszane: części ludzi zmiany się podobają, część narzeka (w tym ja), więc wszystko będzie jeszcze doszlifowane żeby znaleźć kompromis. Z tym, że kompromisy mają to do siebie, że nie zadowalają nikogo - w tej sytuacji nie ma nikogo, kto by piał z zachwytu i jarał się kolejną częścią Call of Duty. Zainteresowanie na internetach (m.in. oglądalność na jutubie materiałów poświęconych grze) jest niższe nawet niż za czasów Infinite Warfare.

Tegoroczny, drugowojenny Battlefield V ma więc otwartą drogę do zawojowania serc graczy w nadchodzącej jesieni, nie? NIE?


Ano nie.

Parę dni temu długoletni szef studia DICE, oraz wysoko postawiona szycha w hierarchii Electronic Arts, Patrick Soderlund odszedł z pracy (o czym poinformował szef EA, Andrew Wilson). Zaraz po tym w amerykańskim światku biznesowym zaczęły wychodzić przecieki twierdzące, że przedsprzedaż Battlefielda V jest zdecydowanie niższa o oczekiwanej. Branżowi analitycy zwrócili uwagę, że najnowsze dzieło DICE we wszelkich sondażach przegrywa nie tylko z Black Ops 4 i Red Dead Redemption 2, ale nawet z Falloutem 76 oraz nowym Assassin's Creed. Dosłownie, z półki AAA nadchodzącej jesieni, to właśnie Battlefield V jest najmniej popularną grą i niektórzy zaczęli go już porównywać do (finansowej) klapy Titanfalla 2 sprzed dwóch lat.

Gdyby ktoś dwa lata temu powiedział mi, że drugowojenny Battlefield będzie na starcie przez graczy nielubiany to bym nie uwierzył. A jednak. Jak do tego doszło?

Ano zaczęło się od tragicznego, pierwszego trailera, kładącego nacisk na ukazanie jakiejś brytyjskiej komandoski z protezą zamiast ręki, odpicowanej jak cyrkowe dziwadło i odpierdalającej tak złodupne akcje, jak to tylko możliwe. Fani Battlefielda widzieli to i nie wierzyli: czy to był żart? Na jutubie posypały się łapki w dół (pierwszy raz w historii DICE trailer do ich gry ma więcej ocen negatywnych niż pozytywnych) i nawet nie chodzi o to, że w Battlefiedzie pojawiła się baba, ale jak siermiężnie wszystko to było pokazane.

Ta siermięga mogła oznaczać jedno: Battlefield został zainfekowany polityką spod znaku sprawiedliwości społecznej i gendera.

Gdyby ktoś z EA/DICE w tym momencie wyszedł do ludzi i powiedział: "luzujcie cyce, bo chodzi o kastomizację wyglądu postaci, dzięki której będziemy sprzedawali kosmetyczne pierdółki, co pozwoli sfinansować darmowe dlc z mapkami" to istniałaby spora szansa, że gównoburza przeszła by bokiem. Ale nie! Pracownicy i kierownictwo studia DICE odpowiedzieli w najgorszy możliwy sposób (zapewne szukając poklasku wśród lewicujących redaktorów growych portali). Główny projektant, Alan Kertz (zresztą dumnie określający się jako "feminista" na portalach społecznościowych) od razu wypalił z grubej rury twierdząc, że pomimo marudzenia fanów, to deweloperzy znajdują się po "właściwej stronie historii".

Benzyny do ognia dolał wspomniany Patrick Sunderlund, twierdząc w niesławnym wywiadzie dla portalu Gamasutra, iż w czasie II wojny światowej kobiety masowo brały udział walkach, a jeśli ktoś twierdzi inaczej, to jest niedouczony. Poza tym Battlefield V to gra, w którą chciałaby pograć jego trzynastoletnia córka - fanka Fortnite'a, a jeśli się komuś nie podoba taki kierunek to może gry nie kupować.

Tak więc najwidoczniej fani posłuchali rady Soderlunda - parę miesięcy później nie ma go już w EA, a cała para idzie w odkręcanie spierdolonej zapowiedzi. Niedawno opublikowany, drugi trailer Battlefielda V jest już totalnym naśladownictwem zapowiedzi Battlefielda 1: zamiast wygłupów trupy cyrkowej mamy więc urywane ujęcia przedstawiające ostrzeliwujących się żołnierzy w akompaniamencie remiksu znanego przeboju (tym razem House of the Rising Sun). Czy to wystarczy, żeby odkręcić nieudany start?

No cóż, Microsoft do tej pory odkręca niesławną zapowiedź Xboxa One - analogie do wydarzeń sprzed 5 lat są aż nadto widoczne (a porównania Patricka Soderlunda do Dona Mattricka cisną się same). Niestety, gry to hobby działające na emocjach i gracze są pamiętliwi gdy się ich obraża.


Z powodu spierdolonej zapowiedzi oberwało się już nie tylko nadchodzącej piątce, ale całej serii - od majowej prezentacji populacja dotychczasowych części wyłącznie spada (choć normalnie w takich warunkach powinna wzrosnąć na fali hajpu). Aura "nowości" czy "alternatywy wobec hegemonii CoDa" w przypadku Battlefielda dawno już minęła, a studio DICE dopiero co zaliczyło katastrofę w postaci Battlefront 2. Studio, ani ich dziecko, nie mogą liczyć na sympatię taką, jaką cieszył się Battlefield 3 lub 1. Może za wcześnie na wieszczenie końca serii (tak jak np. Andromeda była końcem Mass Effecta), ale od teraz wszystkie drogi prowadzą w dół.

Jeśli Battlefield V okaże się dobrą grą, która utrzyma fanów na dłużej, to spoko - ale już na wstępie niewyparzone gęby deweloperów przełożą się na parę milionów sprzedanych egzemplarzy mniej.

Tymczasem CoD, choćby totalnie niedorobiony i pozbawiony kampanii, i tak w przedsprzedażach okazuje się najbardziej oczekiwaną grą roku (co jest szokujące biorąc pod uwagę, że poprzednia gra twórców Red Dead Redemption 2 - czyli GTA 5, jest najbardziej dochodowym dziełem popkultury ewer). Raczej nie będzie to najpopularniejsza strzelanka onlajnowa następnego roku (bo Fortnite i Siege i w ogóle), ale jego twórcy wiedzą, że w razie jakichkolwiek kontrowersji dorabianie piździe politycznych uszu nie popłaca. Brak hajpu jest lepszy niż niechęć fanbazy wobec twojego produktu.

W sumie to należy się tylko cieszyć, że tegorocznym Battlefieldem nie będzie Bad Company 3. Jeśli w przypadku tematyki najkrwawszego konfliktu zbrojnego w historii DICE zdecydowało się na "postępowy" jarmark wzmocniony feministycznym ideolo-pierdoolo, to cholera wie jakie okropności forsowano by w grze z założenia "nie-do-końca" poważnej?


sobota, 28 lipca 2018

Far Cry 5

Montana... To tutaj milion ludzi zamieszkuje terytorium większe od Niemiec... Gdzieś w południowo-zachodniej części tego stanu leży hrabstwo Hope... 


No dobra, bez zbędnego pierdolenia - Hope County jest fikcyjne, podobnie jak religijna sekta, która je opanowała. Mamy do czynienia z grą wideo, gdzie motywy realistyczne i fantastyczne mieszają się w takich proporcjach, by uczynić najnowszą piątkę, najlepszą częścią serii Far Cry.

Tak, napisałem to!

Po kilku miesiącach grania w Far Cry 5 (oraz bezpośredniego porównywania go a to do czwórki, a to do prehistorycznego Primala, a to do niedawno zremasterowanej trójki) stwierdzam iż jest to najlepsza część serii i najlepsza pierwszoosobowa, gra sandboxowa, w jaką można obecnie zagrać.

Wciąż mamy tu formułę otwartego świata, gdzie kawałek po kawałku przejmuje się kolejne bazy, czyniąc tym samym poruszanie się w danym rejonie bezpieczniejsze dla postaci gracza i przyjaznych mu NPCów. Taka właśnie formuła wykrystalizowała się w kultowej części trzeciej (co stanowiło wyraźny postęp wobec topornej części drugiej - która poza otwartym światem, jakoś nie miała na siebie pomysłu) i w obrębie tej właśnie farkrajowej formuły piątka stanowi wyraźny przeskok jakościowy. Powiedziałbym, że ilość rzeczy które poprawiono względem trójki/czwórki (bo te części były bardzo do siebie podobne i na dobrą sprawę różniły się praktycznie tylko miejscem akcji) jest chyba nawet większa, niż między toporną dwójką i kultową trójką.

Pytanie tylko, czy to wystarcza obecnym, rozpuszczonym, znającym wszystkie poprzednie części, graczom?


No cóż, ponoć Far Cry 5 jest najlepiej sprzedającą się częścią serii - czyli obiektywnie mówiąc, wszystko pykło.

Jednak, jak w przypadku większość gier z tak wysokim numerkiem w tytule, są ludzie skarżący się na wtórność i zmęczenie materiału (czy też zmęczenie materiałem). W końcu piątka oznacza byciem sequelem, sequela, sequela, sequela oryginalnej gry i to normalne, że w tym momencie niektórym entuzjazm opada. Jednak brutalna prawda jest taka, że obecny poziom dopracowania wszystkiego (dosłownie: sterowanie, HUD, struktura misji, zarządzanie ekwipunkiem itd - wszystko jest tutaj wypolerowane na błysk) byłby niemożliwy bez kilkunastu lat doświadczeń dewelopera.

Ile wolności może otrzymać gracz, zanim pieczołowicie zaprojektowana rozgrywka się posypie? Projektanci z Ubisoft doszli pod tym względem do ściany - w świecie gry można robić wszystko co się chce, aż się naładuje pasek wkurwienia lokalnego bossa. Gdy pasek dojdzie do pewnego momentu, gracz zostaje przeniesiony (porwany) do misji głównej, po czym wraca do otwartego świata i rozrabia dalej. Z punktu widzenia budowania immersyjnej opowieści - głupota straszna.

W tym miejscu posypały się gromy ze strony niektórych graczy (i recenzentów z bożej łaski). Szczerze, myślę że winić należy... Sony. O ile jeszcze kilka lat temu jakoś się gatunki rozkładały w miarę równomiernie, tak od czasu The Last of Us każda "ambitna" gra musi być prowadzona z trzeciej osoby i opowiadać jakaś historię z bohaterami przeżywającymi trudne chwile...


W świecie filmów istnieje coś takiego jak "Oscar bait" (czyli "przynęta na Oscara") - film robiony wyłącznie pod kątem sympatii, poglądów politycznych i oczekiwań członków Amerykańskiej Akademii Filmowej. Kojarzycie te klimaty? Jak ktoś gra czarnego, sparaliżowanego geja z okresu niewolnictwa i umiera na końcu filmu, to z automatu dostanie Oscara, bo po prostu się należy. Później taki film jest wciskany motłochowi jako dzieło "kultury wysokiej" i wielu krytyków się na to łapie (bo w sumie ich sympatie i oczekiwania ukształtowane zostały przez wspomnianą Amerykańską Akademię Filmową).

Ostatnio w świecie gier obserwujemy coś podobnego. Na trailerze z E3 jakaś tam Ellie pocałowała się z drugą lesbijką i już cały świat wie, że The Last of Us 2 opowie graczom zajebistą historię i będzie głęboko i generalnie nikt nie da grze poniżej 9/10, niezależnie od poziomu rozgrywki... Ja pierdolę, tęsknię za czasami gdy Sony wydawało kolejne części Killzone oraz Resistance.

Dobra, bo odbiegam... Chodzi o to, że Far Cry 5 jest grą zaskakująco grywalną. To znaczy raz, że dobrze się w niego gra, a dwa, że opowiadana w nim historia podporządkowana jest rozgrywce, a nie na odwrót. Gdy okazało się, że głównym złym będzie przywódca amerykańskiej sekty religijnej (w domyśle: chrześcijańskiej), niektórzy zaczęli oczekiwać od gry jakichś komentarzy na tematy społecznopolityczne obecnej Ameryki. A tu dupa, bo pod względem przedstawionego świata i zaludniających go bohaterów, gra zdecydowanie skręciła w kierunku Redneck Rampage.


Pomimo amerykańskich realiów (a więc takich, z którymi mogą się utożsamić wszyscy obeznani z kulturą Okcydentu), gra jest tak apolityczna, jak to możliwe. Nie będzie nikogo pouczać, nauczać czy osądzać. Większość bohaterów pozytywnych to wieśniaki i jest to towarzystwo, w którym jedni z miejsca poczują się jak w domu, inni będą potrzebowali paru piw, a jeszcze inni odbiją się totalnie i pójdą wypisywać głupoty na internecie.

Sympatia, jaką będziemy czuć wobec mieszkańców wirtualnej Montany jest o tyle ważna, że każda znajdźka na mapie (coś, co wcześniej pojawiało się wraz ze zdobyciem lokalnej wieży czy rozpaleniem kolejnych stosów w Primalu) i każda misja poboczna, wiąże się z zagadywaniem do kolejnych NPCów. Dodatkowo Far Cry 5 bardzo mocno stawia na kooperację ze sterowanymi przez sztuczną inteligencję pomocnikami, a ci gadają... Bosze, czasami słyszymy takie pierdoły, że masakra... i na tym to właśnie polega - albo przyjmiemy ten świat z całą jego głupkowatością, albo nie mamy czego w FC5 szukać.

Pomimo tego, że zakończenie (oraz wiążące się z nim niusy lecące w radio) próbują sprawić wrażenie opowiadania o czymś istotnym, to jednak Far Cry 5 jest w pierwszej kolejności pierwszoosobowym sandboxem, w którym misje "na serio" (np. polowanie na kolesia, który nakarmił głodne dzieci ciałami ich rodziców) następują pomiędzy Rajdami Wielkiej Pyty.


Ostatecznie, jakość takiego właśnie sandboxa sprowadza się do jakości świata, w którym przychodzi graczowi rozrabiać (właśnie do tej "piaskownicy"). Gdy już wybijemy wszystkich bossów i rozwalimy wszystkie posterunki, każdy kolejny Far Cry (od czasu trójki) zmieniał się w symulator chodzenia, urozmaicany aktywnościami, które gracz może sobie dobierać według swojego widzimisia. Piątka jest w tym najlepsza, ze swoimi jeziorami i rzekami (w których można łowić ryby - co samo w sobie jest mini grą), lasami i górami (w których można polować na zwierzynę, albo się po prostu wspinać/spacerować) oraz całą masą lokacji będących wirtualnymi atrakcjami turystycznymi (moim faworytem jest urządzony w stodole dom strachów na południowych krańcach mapy).

Generalnie, jak wspomniałem na początku, piątka jest najlepsza, a to, że ludzie nie posrali się z wrażenia po jej premierze wynika wyłącznie z faktu, że poprzedziły ją poprzednie części (oraz naśladowcy). Tyle tylko, że ponownie, bez tych poprzednich części, Far Cry 5 nie byłoby aż tak dobre...

Powiem szczerze, że nawet bez olbrzymiego edytora map/misji oraz związanego z nim kompetytywnego trybu online (w którym do tej spędziłem ledwie kilka meczy), FC5 jest dla mnie grą roku. Jest to jedna z tych gier, do których wracam po wielu miesiącach i zastanawianiem się: czy oto jest kolejne nadejście pełnej dychy?


Bardzo możliwe, bo gdy przychodzi mi ochota poszwendać się po wirtualnym, otwartym świecie, to ostatecznie zawsze wsiąkam właśnie w Far Cry 5, pomimo tego, że pozaczynanych gier z otwartymi światami mam multum (m.in. Skyrim, Fallout 4 oraz kilka części Assassin's Creed). Wiele wskazuje, że po latach, wspominając sezon wiosna/lato 2018, będę pamiętał popierdalanie po lasach i górach hrabstwa Hope, dokładnie tak, jak pamiętam odwiedziny na planecie Na Pali (20 lat temu), czy tłuczenie kosmitów na kosmicznej Arce (dekadę temu).

Jeśli natomiast ktoś nie jest mną, to Far Cry 5 wciąż, obiektywnie, pozostaje najlepszym, pierwszoosobowym sandboxem. Model strzelania, jazdy, skradania, poruszania się ogóle, wygląd i ilość miejscówek... No generalnie wszystko, poza fabułą, jest tutaj wzorcowe.

Jeśli ci się nie spodoba, to znaczy, że generalnie z tego gatunku nic ci się już nie spodoba i potrzebujesz długiego odpoczynku.

wtorek, 10 lipca 2018

Wirtua(l)ny Wojownik


Jak niektórzy wiedzą, mordobicia to jeden z moich ulubieńszych gatunków gier. Jeszcze zanim w ogóle usłyszałem o koncepcie pierwszoosobowego strzelania do demonów, w najlepsze nakurwiałem hadokeny i inne szoriukeny. To stąd wyrosło moje pojmowanie gry kompetytywnej, które później rzutowało na sposób, w jaki postrzegałem (i w sumie wciąż postrzegam) strzelanki.

Oczywiście, jeśli już jesteśmy przy mordobiciach, to jak każdy prawdziwy fan gatunku uznaję absolutną wyższość mordobić 2d nad mordobiciami 3d. Wraz z premierą systemów 32-bitowych (a więc pierwsze Playstation i Sega Saturn) pojawiły się napierdalające się postacie, stworzone z oteksturowanych (tzn, niekoniecznie, ale przeważnie) poligonów i to była technologiczna rewolucja. Nagle walka stała się mniej symboliczna, a bardziej realistyczna... ale jeśli ktoś rozumiał mordobicia właśnie jako wirtualne pojedynki abstrakcyjnych awatarów (bo tak gry się pojmuje na poziome kompetytywnym), to ten trend przenoszenia wszystkiego w 3d wydawał się tylko przejściową modą,

Na cholerę mi łazić w głąb areny, skoro rozgrywka staje się przy tym wolniejsza, a jednocześnie bardziej chaotyczna?

Tak było to postrzegane przez tru-prawdziwków jeszcze w latach 90-tych i jeśli spojrzymy na to, jakie mordobicia są popularne obecnie, to faktycznie, rozgrywka prowadzona w 2d zdominowała gatunek. Ostatnim liczącym się reprezentantem 3d jest jeszcze seria Tekken, ale biorąc pod uwagę obecny, growy mejnstrim, jest to nisza niszy - lata świetlne od poziomu późnego "szaraka", gdy każdy wiedział kto to jest Paul Phoenix, a kto to Eddy Gordo.


A pamięta ktoś rywalizującego z Tekkenem, Virtua Fightera? Ja pamiętam bardzo dobrze, bo tak się składa, że zamiast Playstation miałem Segę Saturn. Zresztą, właśnie Virtua Fighter był jednym z ważniejszych powodów, dla których wybrałem (dużo mniej popularną) konsolę Segi.

Tak jak generalnie wolę mordobicia 2d, tak VF zawsze był dla mnie numerem jeden jeśli chodzi o 3d i koronnym dowodem, że jednak na tym polu można zrobić coś, co jest równoważnego dla tych wszystkich mordobić od Capcoma i SNK (albo chociaż dla Mortal Kombat). Gdy w wakacje roku 1994 pograłem w część pierwszą (z grafiką jeszcze pozbawioną tekstur), rozgrywka pochwyciła mnie cała ta "nowość" z super płynną animacją, realistycznymi ruchami, biciem leżących przeciwników i trójwymiarowymi arenami, z których można było wylecieć.

Z czasem ta "nowość" przestała być nowością, bo oto pojawiła się cała masa naśladowców, bezwstydnie korzystających z fundamentów stworzonych przez projektantów Segi. No i tutaj pies był pogrzebany, że im bardziej ci naśladowcy starali się rozgrywkę ulepszać (chociażby zwiększając tempo - każdy fan Street Fightera czy Mortal Kombat pamięta, jak te serie przyspieszały wraz z kolejnymi odsłonami) tym bardziej ich gry były chaotyczne, maszerskie i generalnie po prostu złe. Jedyne, co zbliżyło się do poziomu rozgrywki z Virtua Fightera, to był wspomniany Tekken (wszak nad pierwszymi częściami obu serii pracował ten sam główny projektant, Seiichi Ishii) - to znaczy tak, jak plebs może zbliżyć się do elity ;).

Do tego te postacie... O ile Tekken miał jakieś przegięte roboty, demony i całą masę dziwactw, tak zawodnicy z Virtua Fightera wyglądali bardziej jakby ich wyjąć z kina "karate" lat 80-tych. Pamiętacie te piękne czasy, zanim MMA skorygowało wyobrażenie ludzi na temat skuteczności dalekowschodnich sztuk walki? No więc mamy tutaj style modliszki, pijane kung-fu, ninjutsu i wszystko to na równych szansach z kickboxerami i zapaśnikami... No po prostu klasyka (i nawet jeden z trybów w Virtua Fighter 4 został nazwany "kumite" ;)).


A jednak Virtua Fighter od początku miał jakoś tak pod górkę. Najpierw popularność Playstation od Sony zmiażdżyła biednego Saturna (co wpłynęło generalnie na większość marek, z którymi kojarzona była wówczas Sega), a gdy Sega zarzuciła plany sprzętowych podbojów (po średnim przyjęciu Dreamcasta) i zaczęła tworzyć gry na sprzęt dotychczasowej konkurencji, ludzie generalnie przestali się już jarać mordobiciami 3d.

Nawet gdy wraz z Xboxem 360/PS3 popularność konsolowego grania sieciowego wystrzeliła w kosmos, Sega jakoś nie potrafiła tego wykorzystać. Pierwsza wersja Virtua Fightera 5, wydana na PS3 nie miała w ogóle trybu sieciowego! W obecnych czasach niewyobrażalne, żeby w grę stricte kompetytywną nie dało się grać online, a i w 2007 coś takiego wyglądało idiotycznie. Najgorsze, że nawet długoletni szef serii, Yu Suzuki (fani japońszczyzny pewnie kojarzą tego pana z niedawno reanimowanego Shenmue) otwarcie twierdził, że Virtua Fightera nigdy nie będzie się dało przenieść do sieci.

Ale jak to? Ano tak to, że system walki w VF jest na tyle specyficzny, że tutaj liczy się każda, pojedyncza klatka, a zawsze przy grze online między graczami będzie lag wielkości kilku takich klatek. O ile w przypadku innych mordobić (czy innych gier w ogóle) kody sieciowe zakładają te kilkadziesiąt milisekund różnicy, z przewidywaniem kolejnych klatek i innymi, skomplikowanymi algorytmami, tak tutaj jeśli komenda nie przyjdzie z dokładnością co do klatki, to zamiast przechwytu ciosu przeciwnika, biedny Akira dostanie ciosa w ryj. Właśnie dzięki natychmiastowym reakcjom na komendy gracza w Virtua Fightera grało się tak dobrze - wszystko było namacalne, ciosy były przewidywalne co do ułamka sekundy i centymetra...

No po prostu to, co odróżniało kolejne części Virtua Fightera od podróbek niższej jakości, sprawiło też, że przeniesienie serii w XXI wiek zostało uznane przez samego twórcę za niemożliwe.

Gracze nie dali się jednak przekonać, Sega ostro wzięła się do pracy (już bez udziału Yu Suzukiego), i już wersja VF5 na Xboxa 360, z października 2007, posiadała opcję online. Po kolejnych paru latach (konkretnie w czerwcu 2012) wydano ostateczną wersję ostatniej części Virtua Fightera na Xboxa 360 oraz PS3, z całkiem sprawnym kodem sieciowym.


To właśnie Virtua Fighter 5: Final Showdown zostało na początku lipca "rozdane" wszystkim posiadaczom złotego abonamentu Xbox Live (we wstecznej kompatybilności na Xboxa One) i powiem szczerze, że nie spodziewałem się, że ten prezent urodzinowy (no bo... akurat urodziny miałem) będzie aż tak dobry!

Pamiętając wypowiedź Suzukiego na temat onlajnu przez lata unikałem Virtua Fightera w takiej formie, ale gdy gra sama wylądowała mi w rękach to okazało się, że zupełnie niepotrzebnie odcinałem się od jednej z moich ulubionych serii mordobić (swego czasu cenionej dużo wyżej niż Mortal Kombat czy Killer Instinct).

Okej nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki i przypomniałem sobie o tym już na początku, gdy wybrałem mojego ulubionego Akirę do pierwszej walki rankingowej. Otóż generalnie zawodnicy w Virtua Fighterze są ustawieni od najbardziej wymagających do najbardziej lamerskich. Jeśli ktoś ma idealny refleks i idealnego skilla, to Akirą rozłoży absolutnie każdego, bo ta postać została właśnie tak zaprojektowana: ma bardzo szybkie kombosy, ale bardzo trudne do wykonania (nawet na arcade'owym kontrolerze, bo na krzyżaku pada wprost niewykonalne) a przy tym słaby zasięg. A jeśli komuś natura poskąpiła idealnego refleksu i skilla (albo miał takowe, tyle że ćwierć wieku temu...)? No to wtedy mamy całą gamę innych postaci, z cechami bardziej nastawionymi na jakieś zagrania taktyczne czy psychologiczne (do których zaliczyć można wkurwianie przeciwnika maszowaniem przycisków ;)).

Właściwie to z Akirą jest taki szkopuł, że jego styl faktycznie najgorzej przenosi się na grę sieciową i widziałem to również u innych, którzy w walkach rankingowych próbowali wykonywać te idealnie wymierzone w czasie i przestrzeni ciosy... Wiem, że 20 lat temu na automatach skopaliby mi dupsko, ale teraz byli bez szans w starciu z huraganem kopniaków jakiegoś Liona czy Pai. No cóż, ze swojej strony mogę tylko się cieszyć, że zawsze starałem się grać wszystkimi postaciami.


Generalnie jednak szkoda patrzeć na całą tą sytuację, gdy najlepsze mordobicie 3d ewer (piszę to całkowicie dosłownie), jest tak mało docenione. Nawet gdy sprawdziłem rankingi to z przerażeniem zauważyłem, że żaden z moich xboxowych friendów nawet nie spróbował oferowanego przez Segę i Microsoft Virtua Fightera 5. Dosłownie: najlepsze mordobicie 3d nie jest wystarczająco dobre nawet, jeśli jest rozdawane za darmo - i nie chodzi tylko o moich znajomych (po których jeździć nie zamierzam, bo fajnie że są).

Gdy odświeżyłem sobie podstawy, na dobre wpadłem w wir meczy rankingowych i na ponad setkę rozegranych walk przegrałem ledwie kilka.

Tak jest. Dzięki wieloletniemu doświadczeniu rozpierdalam przeciwników jeden za drugim... i wcale mnie to nie cieszy, bo tylko uzmysławia mi to, jak bardzo niszową produkcją jest jedna z moich ulubionych serii. Takich wyników nie miałem nigdy, nawet jeśli dana produkcja przeżywała chwilowy napływ noobów sprawdzających darmową grę (tak jak teraz VF5 na Xboxie).

To nie ja jestem zajebisty - to koncept Virtua Fightera jest obcy dla miażdżącej większości ludzi. Najstarsza (i najlepsza!) seria mordobić 3d zaraz ponownie wróci do świata duchów i tam już pewnie zostanie na zawsze. I to jest zajebiście smutne.


piątek, 29 czerwca 2018

Nowy Jork w grach


Wyjeżdżając miesiąc temu do Nowego Jorku, planowałem wielkiego, epickiego posta, w którym bezpośrednio zestawię miejscówki z gier osadzonych w tymże mieście, z ich autentycznym wyglądem. Jak wygląda molo z Liberty Island w pierwszym Deus Exie, a jak w rzeczywistości? A Battery Park z początku Crysis 2? Czy pod Mostem Brooklińskim zachowały się jeszcze ślady walki z pierwszym bossem z Darkness 2? I tak dalej...

...i wszystko na nic. Łażąc po Nowym Jorku w poszukiwaniu miejscówek z gier, coraz mocniej uświadamiałem sobie, jak bardzo bez sensu był ten pomysł. Nie że ciężko (bo na to się nastawiałem), ale po prostu bez sensu. Chodzi o to, że (poza drobnym wyjątkiem, o czym dalej) twórcy gier generalnie w dupie mają geografię miasta, które przyszło im portretować.


Przypomniało mi się, jak kiedyś będąc w Szanghaju przeciągnąłem żonę przez wędrówkę, w poszukiwaniu miejscówki z mapy Siege of Shanghai z Battlefielda 4. Pomimo przejścia 20 kilometrów jakoś nie udało się znaleźć miejsca, w którym układ kanałów zgadzałby się z układem tła po drugiej stronie rzeki (i takich "szczegółach" jak poszczególne budynki na mapie, czy umiejscowienie stacji metra, nie wspomnę).

W istocie "odwzorowywanie" miejscówek w grach sprowadza się w 99% do wrzucenia jakiegoś charakterystycznego budynku na skyboxa danej mapy. Jeśli chcesz zrobić zdjęcie z perspektywy, z której ten budynek został przedstawiony w grze, to okazuje się, że zamiast w dokach znajdujesz się np. na boisku bejsbolowym i generalnie nie ma czego porównywać. Poza tym nieszczęsnym skyboxem, nie ma żadnego punktu zaczepienia - ulice się nie zgadzają, budynki zasłaniają... Równie dobrze dana gra mogłyby być umiejscowiona w totalnie fikcyjnym mieście i nawet nie udawać sugerowania się rzeczywistością.


Czasami dowolność dobierania elementów z prawdziwego Nowego Jorku zdumiewa. Np. w The Darkness 2 w ogóle nie ma Mostu Manhattańskiego (w rzeczywistości znajduje się on tuż obok Mostu Brooklińskiego), a w Crysis 2 nie ma odbudowanego World Trade Center, pomimo, że przecież wklejenie w skyboxa kolejnych konstrukcji nie wpływałoby w żaden sposób na konstrukcję samego poziomu.

Że co? Że układ budynków się artystom nie komponował w tle? Toż przecież każdy z tych (rzeczywistych) widoków jest pracą zbiorową najlepszych, światowych architektów.


Nowy Jork to najbardziej ikoniczne miasto świata i chciałoby się postrzelać na ulicach dobrze znanych z tych wszystkich filmów... ale gry to nie filmy.

W internecie jest masa stron, na których dokładnie opisane są rzeczywiste lokacje, użyte w poszczególnych scenach danego filmu. W przypadku gier takich stron nie ma i nie będzie. W grach lokacje są tworzone od podstaw, więc odwzorowywanie rzeczywistości nie jest ułatwieniem dla twórców. Wręcz przeciwnie - żeby wiernie odwzorowywać miejscówki ze świata rzeczywistego w rzeczywistości wirtualnej, trzeba się dodatkowo postarać, a żeby jeszcze dobrze się w to grało?

No, wtedy już robimy kwadraturę koła.


Co jednak ciekawe, wiernie odtworzono okolice dzielnicy finansowej w Call of Duty: Modern Warfare 3. Jest tam taka misja, gdzie należy zniszczyć zagłuszacz znajdujący się na dachu budynku nowojorskiej giełdy. Tutaj faktycznie metr po metrze i budynek po budynku odwzorowano skrzyżowanie Wall Street i Broad Street. Zmieniono "Trump Building" na "Crown Building", ale nawet zachowano właściwą czcionkę.

W przypadku Call of Duty odwzorowanie ulic zadziałało, bo formuła gry (w sensie trybu kampanii) zakłada przeciskania gracza kolejnymi korytarzami. Skoro najwięcej roboty projektantów poziomów idzie w przystrajanie tych korytarzy, to równie dobrze mogli się skupić na odwzorowywaniu prawdziwie istniejących fasad budynków. W przypadku Crysis 2 (gdzie rozgrywka zakłada większą wolność i nacisk na poruszanie się w pionie), twórcy nie mieli wyboru, jak stworzyć ciekawe, różnorodne poziomy, a wystrój ich potraktować jako dodatek budujący ten nowojorski klimat...


...Klimat, który miliony ludzi znają z filmów, komiksów czy nawet muzyki. Większość z nich nigdy nie odwiedzi prawdziwego miasta, a jeśli już, to raczej nie będzie zawracać sobie dupy z porównywaniem każdego kilometra kwadratowego rzeczywistego terenu, do poziomu z gry.

I tylko szkoda mi trochę tych, którzy jednak chcieli by to zrobić. Specjalnie z żoną poszliśmy np. na plac zabaw w parku Riverside, bo w filmie "Wojownicy" (z roku 1979) ten konkretny plac zabaw "grał" w jednej z pierwszych (i najważniejszych) scen. Na miejscu spotkaliśmy typa w koszulce z logiem "The Warriors" który, podobnie jak my, przyjechał z (sądząc po akcencie) Europy, zrobić sobie zdjęcie w miejscu, w którym zawiązała się akcja filmu. Trochę szkoda, że gracze, którzy z wirtualnymi miejscówkami mają jeszcze większy związek emocjonalny (wszak mogą powiedzieć: "umarłem w tym miejscu... i to kilka razy"), nie będą mieli zbyt wielu okazji do wybierania się na podobne pielgrzymki.